niedziela, 24 września 2017

Język polski, a pielęgnacja cery?

Czy spotkałaś się z teorią, że język, którym mówimy, ma wpływ na to, jak myślimy? Dla Polaków oczywistą jest różnica między niebieskim, a błękitnym, ale może być ona trudniejsza do uchwycenia dla osoby anglojęzycznej, dla której oba odcienie to "blue". W języku polskim i chorwackim słowo "śmierć" ma rodzaj żeński, więc i personifikacja śmierci jest przedstawiana jako kobieta, kiedy reszta świata zachodniego kojarzy "Kostuchę" z mężczyzną. Bez wątpienia nasz zasób słów ma wpływ na to jak postrzegamy świat.

Ale czy nasze słownictwo wpływa na to, jak postrzegamy kwestie pielęgnacji cery? W naszym języku mamy wiele słów związanych z pielęgnacją cery, ale mam wrażenie, że problemem nie jest tyle zasób, co używanie jednego ogólnego określenia, zamiast szczegółowych terminów. Porównajmy zasoby naszego języka do języka angielskiego i koreańskiego.

Weźmy słowo "zmarszczka" - określimy nim zarówno linie na czole, przy i pod oczami, ale też powiemy na przykład o "zmarszczce od uśmiechania" (która nie ma nic wspólnego z uśmiechaniem), mimo, że często zmiana na linii kącika ust i nosa ma formę zapadnięcia, w którym dopiero po czasie formuje się klasyczna zmarszczka.

W języku angielskim funkcjonują aż trzy słowa, których możemy użyć do opisania różnych typów zmarszczek: "lines", "wrinkles" oraz "folds". "Lines" to drobne linie, często pojawiające się jako zapowiedź poważniejszych zmian - formują się na samej powierzchni skóry i można się ich często pozbyć nawet kremem nawilżającym. "Wrinkles" to zmiany głębsze, na poziomie skóry. Ale "fold" to zmarszczki powstałe tam, gdzie skóra zagina się na samą siebie - jak w przypadku "zmarszczki od uśmiechania" (po angielsku "nasolabial fold"). Oczywiście, nie tylko my bywamy niekonsekwentni... z nieznanych mi powodów, załamanie skóry przy kąciku ust w języku angielskim jest nazywane "marionette lines", mimo, że poprawniejszym byłoby określenie "marionette folds" - mechanizm ich powstawania jest identyczny, jak w przypadku "nasolabial folds". Mimo istnienia różnorodności słów, nie są one zawsze poprawnie używane.


Do pewnego stopnia możemy w naszym własnym języku podkreślać te różnice w nazywaniu różnych typów zmarszczek. "Lines" to drobne zmarszczki, zaś w miejsce słowa "fold", możemy użyć słów jak choćby bruzda lub załamanie skóry. Ale prawda jest taka, że akceptujemy mówienie na wszystkie typy zmian po prostu zmarszczki, mimo, że kosmetyki czy masaże, jakie możemy stosować na złagodzenie tych typów zmarszczek są kompletnie inne w naturze od tych, jakie powinniśmy stosować, by łagodzić bruzdy i załamania skóry.

Co ciekawe, w języku koreańskim, tak jak i polskim, nie funkcjonuje tego typu bogactwo słowne w odniesieniu do zmarszczek. Z drugiej strony, w języku koreańskim funkcjonuje wyraźne rozróżnienie między kosmetykami oferującymi skórze 탄력 [czyta się jako "taljok"], czyli poprawiającymi siłę napięcia, elastyczność, a kosmetykami zwalczającymi 주름 [czytaj jak "dzurym"], czyli zmarszczki. W naszym własnym języku, najbliższe kosmetykom oferującym 탄련 są kosmetyki liftingujące, ale te są jednocześnie rozumiane jako kosmetyki z natury przeciwzmarszczkowe, bo operację "liftingu twarzy" kojarzymy z poważnym zabiegiem, wykonywanym na twarzach bardzo dojrzałych, gdzie podciąga się twarz, by rozprostować zmarszczki. To domniemanie skutkuje domyślnym założeniem, że pielęgnacja cery, której ubywa sprężystości i napięcia, to automatycznie pielęgnacja przeciwzmarszczkowa. Jest tak mimo tego, że pielęgnacja typu 탄력 to właśnie kwintesencja pielęgnacji przeciw-starzeniowej, której celem jest zapobieganie formacji zmarszczek.

W pewnym sensie, najbliższy słowu 탄력 w języku polskim jest termin "sprężystość" (lub "jędrny"), ale jest to porównanie niedokładne - sprężysta jest poduszka lub materac, ale napięta może być guma lub struna. Warto zauważyć, że w języku angielskim, poza kremami liftingującymi, są też kremy typu "firming". Te drobne niuanse w rozumieniu tych słów, wpływają na to jak postrzegamy funkcje kosmetyków nimi opisywanych.

Innym przykładem z języka koreańskiego i angielskiego jest rozróżnienie między problemem "cieni pod oczami", a "worków pod oczami". Tak długo, jak prowadzę tego bloga, tak długo spotykam się ze stosowaniem tych terminów w naszym własnym języku zamiennie z dodatkowo konfundującym terminem sinców pod oczami.  Problemem jest, że w naszym własnym języku mamy tendencję do opisywania kolorów nie tyle z perspektywy samego koloru, co z perspektywy światła. Kolor "siny" to kolor uzyskany przez redukcję światła, gdzie pojawiają się szare, przygaszone tony. Jednak to nie to samo co autentyczny cień rzucany przez wystający spod oka worek! Lub cień rzucany przez zapadnięcie się oczodołu lub pojawienie "doliny łez".

Jednak beztroskie stosowanie tych terminów zamiennie prowadzi do sporych nieporozumień - czasem ktoś zwraca się do mnie o pomoc w zwalczeniu "sinców", ale w kolejnej wiadomości ma już zamiast sinców ma "wory pod oczami", a w trzeciej okazuje się, że jednak chodziło o "cienie pod oczami"... ¯\_(ツ)_/¯.

Język koreański i angielski traktują te terminy osobno. Może jest tak dlatego, że koreański zwyczajnie zapożyczył sobie słowa z języka angielskiego - mamy więc "eye-bags" (아이백) i "dark eye circle" (다크서클). Określenie "dark eye circle" dosłownie oznacza ciemne krążki pod oczami, ale ponieważ nie używa słowa "cień" (shadow, shade, ...), nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o kolor, a nie o efekt rzucania cienia. Niestety fraza "cienie pod oczami" jest pod tym względem niejednoznaczna w języku polskim.

Inne ciekawe terminy do rozważenia: "nawilżanie" cery i jej "nawadnianie". Na stan naszej cery składają się dwa czynniki i pierwszym z nich ilość wody w skórze. Niższe warstwy skóry składają się nawet do 70% z wody, zaś w warstwie rogowej jest jej około 30%. Za stopień nawodnienia cery odpowiadają naturalnie występujące w skórze substancje przyciągające wodę oraz system transportowania wody poprzez jej struktury, zwane aquaporinami. Jak długo spożywamy wystarczająco płynów, by zaspokoić fizjologiczną potrzebę naszego organizmu na wodę, ilość spożywanej wody nie wpływa na ilość wody w skórze - na to wpływ mają, wspomniane wcześniej, naturalnie występujące w skórze nawadniające składniki oraz aquaporiny. Z wodą i skórą jest trochę jak z organizmem i witaminami - niedobór szkodzi, ale przedawkowywanie nie tylko nie daje super-mocy, ale może zaszkodzić.

Z drugiej strony, mamy składniki naturalnej bariery skóry, które zapobiegają "uciekaniu" wody z naszej cery, w tym naturalnie obecne w naszej cerze ceramidy oraz pokrywające skórę sebum. W języku angielskim możemy użyć terminów "moisturisation" oraz "hydration". Pierwszy termin opisuje budowanie bariery na skórze, natomiast "hydration" to zwiększenie ilości wody w jej warstwach. W języku koreańskim funkcjonuje zaś słowo 수분 [czytane "subun"], czyli nawilżenie, a także wiele jego wariantów, jak popularny 촉촉 수분 [czytany "ciukciuk subun"], czyli "wodny" typ nawilżania, którym opisuje się często kremy BB typu "water drop" oraz lekkie, nawadniające kosmetyki.

W języku polskim, mimo, że mamy do dyspozycji te dwa terminy, bardzo rzadko używamy terminu "nawadniający" (bo powiedzmy sobie szczerze, brzmi trochę dziwnie w odniesieniu do skóry 😅) , przez co ciężko rozróżnić kosmetyki barierowe, od tych działających głębiej, jeśli nie potrafimy zidentyfikować nawadniających składników w składzie kosmetyku (podpowiedź: gliceryna, kwas hialuronowy, AHA, mocznik, algi, wyciąg z nagietka, koreańskiego bambusa, centell asiatica...).

Z mojej perspektywy, nasz własny język ma wystarczająco słów, by pozwolić nam skutecznie komunikować niuanse znaczeniowe w odniesieniu do pielęgnacji. Problemem jest jak go używamy i w dużej mierze za obecny "bajzel" językowy obwiniam firmy kosmetyczne, które promując swoje kosmetyki, reklamują je "chciwie", używając błędnej terminologii, by - zamiast trafić do klientów, którzy najbardziej by nich skorzystali - trafić zwyczajnie do jak największej ilości jakichkolwiek klientów, licząc, że będzie dobrze. Wiele kremów opisywana jest jako "liftingujące, przeciwzmarszczkowe, ujędrniające i nawilżające". Ta strategia działa, bo jeśli klientki nie są w stanie precyzyjnie opisać potrzeb swojej cery, będą regularnie inwestować w kosmetyki, które nie zaspokoją w pełni ich potrzeb i akceptować ten stan jako normalny.

Odpowiedzialność za ten stan spoczywa również na nas - konsumentkach. Jeśli akceptujemy niedokładne wyrażanie się i terminologiczny bałagan, obecna sytuacja niewiele się zmieni. Dlatego zachęcam do praktykowania poprawnego wyrażania się w tematach skóry.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Garb na nosie - dlaczego tak go nie lubimy?

Wielokrotnie pisałam dla Was o różnych ideałach piękna - celem nigdy nie było tworzenie jakieś wyimaginowanej rywalizacji między ideałami z Zachodu i Wschodu, czy ocenianie, które są słuszniejsze. Dla mnie wytykanie ich różnorodności, paradoksów i dziwności zawsze owocowało konkluzją, że nie ma czegoś takiego jak piękno absolutne. Dla mnie ta myśl jest bardzo libertująca - pozbawia ideał piękna statusu osiągnięcia, czy wyzwania. Piękne jest to, co jako kultura wynegocjowaliśmy jako piękne.

Porozmawiajmy o pewnym funkcjonującym w naszym społeczeństwie idealne - prostym nosie bez garbka.

Mam w swojej kolekcji pokaźny zapas książek i magazynów o urodzie z krajów jak Japonia czy Korea - w owych materiałach znajdziecie szczegółowe instrukcje jak nos zwężać, wydłużyć, jak zmniejszyć końcówkę, jak podnieść końcówkę, nawet jak zmniejszyć dziurki w nosie (!), ale nie znajdziecie "przepisów" na pozbycie się garbka. Jednak przez sam fakt, że poruszałam temat modyfikacji kształtu końcówki nosa, regularnie dostaję pytania o pozbycie się garbka na nosie. I dlatego piszę dziś ten wpis - bo jest to temat, który ciągle powraca do mnie poprzez wiadomości od czytelniczek.

Dlaczego w materiałach z Azji nie porusza się tematu prostowania nosa? Dałabym kilka możliwych odpowiedzi i choć nie wiem, która jest trafna, zakładam, że każda z nich ma znacznie:
- Nie da się żadnymi "domowymi" sposobami pozbyć takiego garbka, więc nie ma co o tym pisać
- Prosty i bezgarbkowy nos nie jest szczególnie ceniony w krajach jak Japonia, Chiny czy Korea
- Zbyt mało osób w Korei, Japonii czy Chinach ma wyrazisty garb, by zmotywować specjalistów od masażu czy producentów innowacyjnych gadżetów do poszukiwania rozwiązania

Poniżej załączam kilka zdjęć znanych osób z garbkiem na nosie. Tak, wiem, że ich garbki są tycie, ale te osoby mogłyby nawet owe tycie garbki pousuwać, ale tego nie robią.

Megumi Kanzaki
Eva Huang
Liu Yifei

Ale dlaczego właściwe tak bardzo na Zachodzie nie lubimy garbów na nosie? Skąd pomysł, że jedynie prosty nos jest "ładny" i wiele osób szuka sposobów, by owy prosty nos mieć? Być może jest to kwestia biologicznie zakodowanego w nas urazu do potencjalnie złamanych i uszkodzonych części ciała. Nos z garbkiem, to nos potencjalnie złamany. A może jednak jest to ideał czysto kulturowy?


Starożytne greckie posągi przedstawiają ludzi z nienagannie prostymi nosami i brakiem zapadnięcia między nosem a czołem. Ten ideał dominuje w większości portretów kobiet tworzonych na przestrzeni wieków. Zaś każda bajka o złej czarownicy, będzie przedstawiać ją z garbem na nosie. Nawet Maleficent, przedstawiona jako relatywnie piękna kobieta, ma na nosie garbek:

Jak czułabyś się na temat kształtu swojego nosa, gdyby w bajkach baby Jagi miały płaskie i szerokie nosy, zamiast garbatych haków?

Z mojej perspektywy


Nigdy nie pojmę urazu wobec garbków na nosie. Rozumiem biologiczny argument, ale nie przemawia do mnie na poziomie estetycznym.

Na zajęciach z malowania, czy przeglądając książki o estetyce twarzy, dużo mówi się o proporcjach - o idealnej relacji wielkości i szerokości różnych części twarzy. I o ile długość nosa, szerokość czy kształt końcówki mają wpływ na proporcje, kształt linii między końcówką nosa a czołem, takowego wpływu nie ma. Nos może być idealnie proporcjonalny nawet mając pokaźny garbek.

"Ok, ale daj rozwiązanie!"


Powiesz mi "ok Cukier, tyle się rozpisałaś, ale zamiast marnować mój czas, daj jakieś rozwiązanie". Niestety, poza proponowaniem nabrania dystansu do wyuczonych nas norm kulturowych, nie mam wiele do zaoferowania. Wszelkiego rodzaju klipsy na nos formują jedynie jego miękką końcówkę. Masaże też pracują głównie nad tym, nad czym mogą - czyli miękkimi częściami nosa. Garbek jest zaś efektem kształtu kości - by go usunąć, można się udać do chirurga plastycznego, który będzie kość łamał, skuwał i wyprawiał całą masę różnych innych inwazyjnych rzeczy. Wiem też, że na popularności zyskuje zabieg wstrzyknięcia wypełniacza w zagłębienie między nosem a czołem... ale moje podejście do wypełniaczy znacie. By zrobić na nie miejsce, trzeba rozerwać rozerwać istniejące struktury skóry i nie brzmi to moim zdaniem zachęcająco.

Ale to Twój nos, Twoja sprawa 😛

piątek, 30 czerwca 2017

Projekt "Czytam Świat" - CZ. II (Andora, Angola, Kanada)

Część I projektu 

Andora - "The teacher of Cheops" Albert Salvadó


Wiedziała, że prędzej czy później, w ramach projektu trafi mi się książka kiepskiej jakości, którą przeczytam z braku alternatyw. Nie spodziewałam się jednak, że będzie to historyczna nowela, która na dodatek zdobyła prestiżową nagrodę.

"Nauczyciel Cheopsa" osadzony jest w czasach pradawnego Egiptu i muszę przyznać, że coś tam się nawet dowiedziałam o obyczajach tamtych czasów. Problem polega na tym, że gdyby wyciąć wszystkie odwołania do Egiptu i zamienić je np. na średniowieczną Hiszpanię lub Chiny XVII wieku, nie miałoby to wpływu na przygody głównego bohatera, który jest wszystkowiedzącym geniuszem bez krztyny osobowości. Książka pozbawiona jest jakichkolwiek interesujących niuansów czy bohaterów.

Badziewie jakich mało.

Angola - "Good Morning Comrades" Ondjaki



Książka opisuje kilka dni z życia chłopca mieszkającego a stolicy Angoli, gdzieś pod koniec lat 80-tych. Napisana lekkim językiem, poprzetykana trywialnymi anegdotami, gdzieś w połowie czytania, ta książka złamała mi serce. Autor genialnie uchwycił, jak umysł dziecięcy chłonie otaczający go system, nie rozumiejąc go, a jednocześnie budując w oparciu o to co widzi swoje pojęcie o świecie.

Nasz młody bohater zna jedynie Angolę komunistyczną, ze swoim kultem prezydenta, paradami i przemowami dla robotników. Jego ciotka, mieszkająca na co dzień w Portugalii, nie rozumie nowej Angoli, bo zna ją jako kolonię Portugalii. Zaś przebywający ze zlecenia Fidela Castro w Angoli Kubańczycy dokładają do całej historii nutę komunistycznej propagandy. Główny bohater widzi zaś te wszystkie zawiłości z uproszczonej perspektywy dziecka.

Jako ktoś, kto sam był dzieckiem w czasach transformacji, ta książka poruszyła mnie w szczególny sposób. Do dziś pamiętam scenę, gdy do naszego mieszkania pukał sąsiad, by przekazać moim rodzicom wieść, że burzą Mur Berliński. Może byłam zbyt mała, by docenić zmiany, jakie zaszły w Polsce po tych wydarzeniach, ale czytając "Good Morning Camrades" wiele rzeczy i refleksji przychodzi na myśl. Bardzo polecam tą książkę, choć wymaga ona doczytania trochę o sytuacji Angoli w tych czasach.

Kanada - "Handmaid's Tale" Margaret Atwood




Myślałam, że czytając tą książkę, zrobię sobie przerwę od "czytania świata", ale skoro autorka jest Kanadyjką, to jednak się liczy! ;) O "Handmaid's Tale" zrobiło się ostatnio głośno przez ekranizację, więc zdecydowałam się z tą powieścią zapoznać. I po lekturze, uważam, że każdy powinien ją przeczytać. 

Opisywanie alternatywnych rzeczywistości i systemów politycznych nie jest łatwym zadaniem. Atwood w swojej książce analizuje, jak ludzie wciśnięci w utopijny system będą się zachowywać i czuć. Moim zdaniem jej obserwacje na temat ludzkiej natury, tego jak ludzie obchodzą się z władzą i jej nadmiarem, są bardzo trafne.

niedziela, 28 maja 2017

Spieniacze, oczyszczanie twarzy i intelektualna uczciwość


Znacie spieniacze? Małe, urocze pojemniczki, do których nalewamy odrobinę wody oraz ulubiony żel do twarzy, po czym za pomocą specjalnej pompki spieniamy zawartość, aż do utworzenia gęstej niczym krem pianki.

Takie pojemniczki nie dalej jak w zeszłym roku pojawiły się w koreańskich sklepach marek Etude House oraz A'Pieau.

Ok, ale po co właściwie takie spieniacze? Skąd ten pomysł? Mogłabym odpowiedzieć czytając wytłumaczenia producentów owych gadżetów. Ale zamiast tego... zabieram Was na podróż w czasie!


W roku 2006 bi-majo Rie Musashi rozpoczęła kampanię w mediach, by wypromować swoją osobę oraz dwie ze swoich książek. Pięćdziesięcioletnia wtedy Rie słynęła głównie ze swojej pięknej jak na ten wiek cery. Rie promowała pomysł "dorosłej dziecięcej cery", idealizując cerę dzieci, jako pozbawioną widocznych porów oraz idealnie nawilżoną. Nasza bohaterka tej historii opracowała specjalny system oczyszczania twarzy, który można sprowadzić do następujących zasad:

1. Myj twarz tylko wieczorem, zaś poranne mycie jest zbędne (skoro kładłaś się spać z czystą twarzą na czystą poduszkę, nie ma co zmywać rano naturalnych olejków); lub alternatywnie, używaj tylko lekkiego mydełka, wieczorem zaś czegoś intensywniejszego 
2. Myj twarz jedynie letnią wodą i unikaj dręczenia porów lodowatą wodą; 
3. Traktuj skórę z ogromną delikatnością poprzez używanie jedynie palców serdecznych podczas mycia;
4. Dwa razy w tygodniu zrób sobie post dla skóry;
5. Dorosła skóra wygląda jak skóra dziecka, gdy pory są idealnie zadbane i domknięte.

Wszystkie pomysły Rie Musashi kręciły się wokół mycia twarzy i oczyszczania porów, zaś by dokładnie oczyścić pory, Rie sugerowała konieczność użycia doskonale spienionego produktu do mycia twarzy jakoby sugerując, że jedynie małe banieczki będą w stanie dotrzeć w zakamarki porów. Rozproszony w formie banieczek produkt do mycia twarzy miał być też - w teorii - równo skoncentrowany, więc zapobiegać nakładaniu bezpośrednio na skórę skoncentrowanego produktu myjącego.



Podczas prezentacji w różnych programach telewizyjnych, widzimy więc Rie nakładającą na twarz idealną i gęstą piankę. Czy Rie była pierwszą osobą, która wpadła na ten pomysł? Nie wiem. Nie znam japońskiego na tyle, by móc w pełni odpowiedzieć na to pytanie. Ale w roku 2009 historia owa zabiera nas ... do Korei, gdzie Rie wydała swoją książkę w wersji koreańskiej. Co ciekawe, koreańska wersja wydaje się bardziej skupiać na samej technice mycia, niż na historiach z życia Rie.



Na przestrzeni lat, możemy znaleźć różne przebłyski mody na spienianie, zarówno w Korei, jak i Japonii. Od przeróżnych gotowych pianek, po narzędzia do spieniania, głównie w formie siateczek.


Technika używania tylko palców serdecznych do mycia twarzy jednak się nie utrzymała i z trudem znajdziecie osobę, która jej przestrzega. Choć w 2010 roku pewna japońska firma próbowała wypromować pomysł używania serdecznego i środkowego palca. 

W roku 2013 pomysł na mycie twarzy za pomocą drobnych banieczek dotarł również do Singapuru, gdy japońska firma Biore zaczęła promować tu swój drobno spieniony żel do twarzy. Żel ten był żekomo 800% bardziej spieniony, niż piana którą możemy uzyskać spieniając produkt w rękach:

W ten oto sposób wracamy do roku 2016, gdzie w Korei pojawiły się spieniacze w formie pojemniczków (w Japonii pojawiły się wcześniej). Na chwilę obecną mało kto pamięta książkę Rie i jej wystąpienia w telewizji, jednak idea oczyszczania cery sztywną pianką dalej funkcjonuje na rynku, czy to w postaci gotowych produktów, czy właśnie takich innowacyjnych gadżetów. Do dziś, w ramach japońskiej strony robiącej rankingi kosmetyczne, zarówno siateczka, jak i pojemniczek do spieniania są w top dziesiątce gadżetów urodowych:


Dla mnie ta wędrówka po historii ma jednak inne znaczenie. To nie jest pierwszy raz, gdy jakiś szalony czy niezwykły pomysł pielęgnacyjny ma swoją historię i początek w książce czy wystąpieniu telewizyjnym jednej osoby...

Na chwilę obecną - bez mrugnięcia okiem - akceptujemy stwierdzenia na temat "pielęgnacji Koreanek/Japonek/Azjatek" - ba, mamy nawet książki na ten temat! Nie zastanawiamy się ani chwilę, czy naprawdę ma sens zgarnianie całych MILIONOWYCH populacji do jednego worka, mimo, że nigdy nie zaakceptowały byśmy podobnej książki czy artykułu na temat "Pielęgnacji Polek". Zbyt dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak różne są nasze zachowania, pomysły, idee, ale też zasobność portfela czy czasu, by robić to czy co innego. Są Polki, które preferują naturalne kosmetyki, są Polki rozmiłowane w azjatyckiej pielęgnacji, są też Polki, które po dziś dzień mają karnet na solarium. Jednak jeśli chodzi o miliony Koreanek czy Japonek - nie ma problemu i pozwalamy sobie na generalizujące stwierdzenia, które nie mają prawa być w pełni prawdziwe. Nie da się być jednocześnie intelektualnie uczciwym i akceptować takiego zachowania. Bo prawda jest taka, że nie wiemy co robią Koreanki czy Japonki - ich zachowania są tak zróżnicowane, jak zachowania Polek. Nie twierdzę, że sama nie jestem winna takich uogólnień, szczególnie w moich wczesnych artykułach, ale doedukowanie się i poszerzanie perspektywy jest częścią dorastania i rozwoju dla każdego z nas. Czas wyrosnąć z tych skrótów myślowych. 

Co natomiast często możemy uczynić to w bardzo dokładny i intelektualnie uczciwy sposób opisywać rynki - pojawiające się na nich produkty i towarzyszące im przekazy marketingowe. Możemy często prześledzić, kto i kiedy zaczął promować konkretny pomysł, produkt czy składnik. Nie wiemy do końca jak na owe propozycje zareagowała docelowa publiczność, bo dane na temat sprzedaży nie są łatwo dostępne. 

Nie wiemy też na ile coś było promowane, by móc przeprowadzić skuteczną kampanię dla marki, a na ile chodziło o autentyczną sprzedaż. Jeśli nie wiecie o czym tu mówię, pomyślcie o katalogach sukni ślubnych, gdzie często znaleźć można suknie w kolorach czerwonych - taka czerwona suknia jest tam bardziej po to, by zaprezentować możliwości i fantazję producentów, choć takie ekstrawaganckie kolory mają ekstremalnie mało nabywców.



Piszę o tym, by zwrócić uwagę na fakt, że tylko dlatego, że coś jest obecne na rynku, nie musi koniecznie oznaczać adaptacji przez klientów. Dlatego wydawanie osądów o "pielęgnacji Koreanek/Japonek" poprzez pryzmat dostępnych produktów nie jest intelektualnie uczciwe.


Moje doświadczenia


Ten artykuł nie byłby kompletny bez relacji na temat moich przygód ze spienianiem. Generalnie wolę twarz myć tylko olejkiem (mój ulubiony to Innisfree oliwkowy), więc by przetestować tą metodę musiałam odkopać z moich kosmetycznych zapasów jakieś żele do mycia twarzy. Kiedyś w Innisfree dostałam żel z ich serii z zieloną herbatą i to głównie go używałam w moim spieniaczu.

Sama metoda, czyli mycie letnią wodą oraz delikatne masowanie palcem serdecznym, nie jest szczególnie trudna w wykonaniu. Twarzy nie myję rano żadnymi produktami (jedynie wodą) od wielu lat, więc nie jest to dla mnie nic nowego. 

Moje odczucia są... mieszane. Po kilku dniach mycia pianką, rzeczywiście skóra na policzkach zrobiła się naprawdę jednolita i ładna w wyglądzie. Jednak jeśli chodzi o pory na nosie... sama nie wiem. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale powiem tyle - ta technika zaciska pory, więc jeśli nie są one oczyszczone, to wszystko Wam z nich powyłazi 😱... 

Niemniej jednak, cenię tą technikę za jej delikatność wobec zrogowaciałego naskórka. Wraz z wiekiem i pogłębiającymi się problemami z suchością cery, zaczynam bardziej cenić mój naskórek, jako płaszcz chroniący moją skórę przed wysychaniem. Wiem, że na rynku nie brak produktów złuszczających, różnych scrubów i peelingów, bo pozbycie się warstwy martwego naskórka to często łatwy i szybki sposób na uzyskanie efektu rozjaśnionej cery, czy pozbycie się przebarwień potrądzikowych, itp.... Ale na chwilę obecną chyba jednak bardziej cenię nawilżenie, niż te kosmetyczne efekty. 

Dacie szansę tej metodzie? Jeśli nie macie spieniacza, można użyć zwykłej gąbeczki i wypracować pianę :)

sobota, 20 maja 2017

Indie przez pryzmat sari, anarkali i lehengi



W maju tego roku braliśmy udział w wyjątkowym wydarzeniu - nasza bliska przyjaciółka oraz jej narzeczony, którzy na co dzień mieszkają w Singapurze, zaprosili nas na ślub do swoich rodzimych Indii. Ja, Sławek i dwójka naszych innych przyjaciół dostaliśmy w całym wydarzeniu rolę nieoficjalnego orszaku ślubnego Panny Młodej, która pochodzi z niestandardowo małej rodziny i nie ma ani rodzeństwa, ani kuzynostwa, które mogłoby wypełnić tradycyjne ślubne role.

Panna Młoda bardzo chciała, byśmy podczas wszystkich imprez (a było ich aż 5!) ubrani byli w lokalne stroje, często odzwierciedlające ubrania jej i Pana Młodego. Dla mnie była to doskonała okazja, by z bliska poznać tradycyjne stroje i to o nich chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć.

Zanim przejdziemy dalej, wiem, że ktoś się o to przyczepi, więc nawiąże do mojego artykuły sprzed lat na temat przywłaszczenia kulturowego, w którym pisałam o mojej niechęci do ubierania się w tradycyjne stroje innych kultur. W tamtym czasie moim głównym źródłem edukacji na temat przywłaszczenia kulturowego był Tumblr, który oferuje bardzo wąską interpretację tej kwestii. Jednak prawda jest taka, że większość z nas bardzo chętnie uczy się i doznaje kultury innych, i ciężko jest dokładnie uchwycić korzyści z barykadowania się na swoich kulturowych ogródkach.

Kimona jednak dalej nie założę, bo uważam że to wyjątkowo obciachowe zachowanie normisiowatego turysty 😛.

Sari

Sari to klasyk - znany i lubiany i noszony przez... 99% kobiet, które spotkaliśmy podczas naszej podróży po południowym stanie Tamil Nadu. Nie przesadzam z tym numerem! Sari były WSZĘDZIE - nosiły je kobiety na chodnikach, w sklepach, na plakatach reklamowych... nawet obsługa w sklepach miała swoje mundurki w formie sari! Dosłownie kilka (!) kobiet w komplecikach salwar kamez, ale cała reszta w sari. Sari, sari, sari! Ani jednej kobiety w dżinsach i koszulce. Wiedziałam, że sari to preferowany ubiór, ale nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, jak szalenie jest popularny.

Sari noszone na co dzień są z miękkich i przewiewnych materiałów. Panna Młoda podarowała mi i L. (kto śledzi mnie na Twitterze zna L. 😉) wystawne sari z ciężkiego i ozdobnego materiału, dekorowanego połyskliwymi złotymi nićmi. Sari musiało być podarowane i nie mogłam go kupić samodzielnie, ponieważ jego kluczową częścią jest robiona na miarę bluzeczka, więc Panna Młoda zamawiała je dla nas na wiele tygodni przed ślubem. Inne stroje, które będę tu opisywać, mogłyśmy kupić "z wieszaka" w sklepie. Podobno można też kupić gotowe bluzki sari, ale domyślnie się je szyje na miarę.

Sari składa się z 3 części: płatu nietkniętego szwami materiału, bluzki oraz specjalnej spódnicy noszonej pod sari.

Noszona pod sari spódnica działa jak zawieszenie dla całego stroju - nie ma gumki, a jedynie sznurek, który dość ciasno zawiązuje się na poziomie lekko poniżej pępka. Choć na zdjęciach katalogowych modelki zawsze mają sari zawieszone bardzo nisko, kobiety na co dzień noszą swoje sari dość wysoko. Jeśli ktoś nie chce pokazywać ani kawałka skóry brzucha czy pleców, może nawet swoje sari zawiązać zaraz pod żebrami - wystarczy wyżej zawiązać halkę.

Proces wiązania sari rozpoczyna się od wetknięcia początku głównego materiału właśnie w tą spódnicę. Moje sari wiązała znajoma Panny Młodej (o morderczej godzinie 5:30 nad ranem, bo ślub był o 6:45 rano 😝) i powiem tyle: to dość skomplikowany i wymagający sporej siły fizycznej proces. Może sari z miękkiego materiału są łatwiejsze w obsłudze, ale moje brokatowe sari wycisnęło kropelki potu na czole Deepiki, która owijała je wokół mnie, okazjonalnie robiąc przerwy, by pozaginać i udrapować sari. Samo drapowanie jest najtrudniejszym elementem całego procesu, gdzie osoba wiążąca zagina materiał kilka razy, by układał się on korzystnie na krągłościach ciała.

Moja halka była w kolorze beżowym i wiązana na sznurek. Halka jest kompletnie ukryta pod sari - od góry sari jest wepchnięte w nią, od dołu zaś powinno być odrobinę dłuższe, więc nie wystaje. Jednak w moim przypadku... halka wyłaziła spod sari 😐. Podobno jestem zbyt wysoka...
Halka ze zwykłego materiału ze sznurkiem

Sari zostało też zabezpieczone dwiema agrafkami - jedna wetknięta była w ramię, łącząc sari z bluzką, druga zaś na pasie.

Bluzka do sari to jeden z moich ulubionych elementów całego stroju. Robiona była na miarę oraz według życzeń Panny Młodej. Jeśli chodzi o bluzki, to prawda jest taka, że nie do końca je widać - przód jest prawie w pełni osłonięty szalem sari, widać więc głównie rękawy i tył. Ja i L. mogłyśmy wybrać zarówno długość samej bluzki, jak i rękawów i głębokości dekoltu. Długie rękawy i wysoki dekolt uważane są za odrobinę "matronowate", więc ostatecznie dostały się nam krótkie bluzeczki z małymi bufkami.

Choć bluzki były robione na miarę.... nie pasowały wcale. Ledwo udało mi się przełożyć ręce przez rękawy, a o zapięciu z przodu nie było mowy. Brakowało tak z 3 cm! Ja i L. byłyśmy załamane 😱. Ale Panna Młoda przyjęła wiadomość o problemach z rozmiarem z absolutnym brakiem zdziwienia. Bo bluzki sari mają ... wbudowane w siebie dodatkowe rozmiary! Zarówno tors, jak i rękawy, miały w środku dodatkowe fałdki materiału i szwy, dokładnie wbudowane po to, by móc zmieniać rozmiar bluzki! Czy to nie jest genialne?!
Dodatkowy fałdek materiału wewnątrz bluzki
Pojechaliśmy więc do krawcowej, która na miejscu przeszyła fałdki (każda fałdka zabezpieczona jest 2-3 szwami) i powiększyła zarówno rozmiar bluzki, jak i rękawów. Bluzka ma być jednak dość dopasowana - nie trzeba do niej nosić stanika, ponieważ sama ma wbudowane wiele zaszewek i wzmocnień, które nie tylko podtrzymują biust w miejscu, ale dają mu spory efekt "push-up".

Sama bluzka jest przepiękna 😍. Zapina się ją z przodu za pomocą rządka metalowych zaczepek, które - co ciekawe - zahacza się o wszyte w materiał trójkątne kieszonki. Z tyłu ma głębokie wcięcie, ozdobny panel, zaś na poziomie ramion są dodatkowe sznureczki ozdobione koralikami. Te sznureczki wiąże się w węzełek po prawej stronie (ponieważ lewa zakryta jest przez szal sari) i dyndają sobie dekoracyjnie z tyłu.

Do kompletu z sari była też specjalnie robiona biżuteria, tkana z nici w kolorze sari. W komplet wchodziły kolczyki w formie odwróconych miseczek (bardzo popularny styl!) oraz naszyjnik. Taka biżuteria jest bajecznie lekka i wygodna do noszenia. Dodatkowo Panna Młoda podarowała nam komplet typowych bransoletek ze szkła. Kobiety, które spotkaliśmy w Indiach nosiły naprawdę spore ilości wszelkiej biżuterii, ale bransoletek zdecydowanie najwięcej. Jednak ja miałam spory problem z wciśnięciem je przez moje dłonie 😥. Bransoletki kupuje się w rozmiarach wyrażonych liczbami jak 2/4, 2/6... Mi ledwo pasował 2/6, ale niestety przy ściąganiu jedna bransoletka rozsypała się na kawałki, inna zaliczyła pęknięcie...

Jeśli chodzi o wrażenia z noszenia samego sari, to przyznam, że jest to dość wygodny strój 😃. Dzięki strategicznie zamocowanym agrafkom, trzyma się na miejscu bez problemu. Można bez problemu chodzić czy siadać; materiał trochę się gniecie, ale nie widać tego szczególnie. Przez to jak jest wiązane, czasami na brzuchu i plecach czuć odrobinę "przeciągu", co jest pożądane w 40-stopniowych upałach! Gdyby nie kłopotliwy proces wiązania, absolutnie wyobrażam sobie noszenie sari na co dzień.

Anarkali

Anarkali to tradycyjna, rozkloszowana suknia, niewiele różniąca się od naszych współczesnych sukienek maksi. Występuje w wielu wariantach - z długimi rękawami lub bez, do połowy łydki, albo sięgająca kompletnie ziemi. Noszona tradycyjnie z lekkimi, obcisłymi spodniami (zwanymi churidaar) oraz szalem, zwanym dupattą.

Czasami nie do końca rozumiem, po co w stroju jest dupatta, ale jak wyszłam z przymierzalni bez niej, to obsługa sklepu była tak spanikowana i skrępowana, jakbym wyparadowała z niej w samej bieliźnie 😆. Z drugiej strony, gdy byliśmy na zewnątrz, posiadanie ze sobą lekkiego szala jest bardzo praktyczne, bo można się chować pod nim przed słońcem.



Anarkali można znaleźć w większości sklepów, oferujących sari i jest to typ sukni, który można kupić "z wieszaka". Przez swój krój nie wymaga krawieckiego dopasowywania, często na plecach jest wszyty duet sznureczków, którymi można dopasować obcisłość górnej części.

Anarkali jest uważane za strój bardzo elegancki, nie do końca coś, co nosi się na co dzień. Prawda jest jednak taka.... że nie widziałam ani jednej kobiety w anarkali. Może są popularniejsze na północy, jednak w Tamil Nadu anarkali to coś, co widzi się głównie na wieszakach w sklepie.

Lehenga


Lehenga to ozdobna spódnica. Noszona z krótką bluzką i ozdobną dupattą. Komplet z lehengą zarezerwowany był na finałową imprezę ślubną, która polegała na... robieniu sobie dziesiątek zdjęć z kim popadnie i zajadaniu się doskonałymi przysmakami kuchni południowych Indii 😄.


Lehenga jest szyta z wielu paneli, które nadają jej charakterystyczny, obfity kształt u dołu i delikatne dopasowanie na poziomie bioder. Lehengę można nosić z dowolną górą - od krótkich, odsłaniających brzuch bluzeczek, po tuniki do kolan. Oczywiście w komplecie z dupattą. To strój zdecydowanie zarezerwowany na specjalne okoliczności!

Moja lehenga składa się z 3 warstw - wewnętrznej halki, wewnętrznej spódnicy oraz zewnętrznej spódnicy z prześwitującego materiału, ozdobionej ciężkimi, wyszywanymi ozdobami oraz wykończonej dekoracyjnym złotym pasem.

Do kompletu ze strojem była dupatta w kolorze spódnicy oraz bluzka obficie wyszywana tym samym motywem, co spódnica. Tak, jak w przypadku bluzki sari, i tu w środku znalazłam dodatkowy fałd materiału, za pomocą którego można by bluzkę powiększyć według potrzeb.

Na imprezie poza Panną Młodą, mną i L. tylko jeszcze jedna osoba ubrana była w komplet z lehengą. Wszyscy inni przyszli w sari.... Noszenie lehengi było dla mnie bardzo trudne! Gdy mierzyłam ją w sklepie, nie zwróciłam uwagi na jej ciężar 😩. Dodatkowo sięgała do samej ziemi, więc pod koniec imprezy musiałam bardzo uważać, by nie pozamiatać nią rozsypanego ryżu czy innego czegoś...

Veshti, kurty i sherwani - czyli w co ubrani byli panowie

Sławka i B. nie ominęła prośba, by nosić się tradycyjnie. Jeśli chodzi o stroje panów, to w Tamil Nadu jest kompletny miks. Mężczyźni noszą sporo elementów tradycyjnych - na ulicach bez problemu idzie wypatrzyć panów w (często zakasanych po uda 😳) lugi czy tradycyjnych, tamilskich veshti (białych spódnicach z ozdobną krawędzią), w tunikowatych "kurtach" lub sherwani (gdy tunika rozpina się na całej długości). Pan Młody wystąpił między innymi w dekorowanym sherwani, oraz komplecie tuniki z marynarką w stylu "Nehru".

Elementy tradycyjne noszone są w dowolnych kombinacjach z "zachodnimi" elementami ubioru, jak np. z zwykłymi spodniami czy białymi koszulami. Na bardziej oficjalnych imprezach, panowie pojawiali się zarówno w pełnych garniturach, jak i kombinacjach kurt z veshti, kurt z garniturowymi spodniami, veshti z koszulami, itp.


Trochę się nabijałam ze Sławka, że to jedyna okazja w jego życiu, by chodzić w spódnicy. Ale w ukropach połódniowych Indii, vesthi jest bardzo praktyczne. Zrobione z białego i przewiewnego materiału, nosi się je owinięte około półtora razu dookoła bioder i zabezpiecza się je za pomocą rzepu w pasie. Panowie bardzo często odpinają i dopasowują swoje veshti, nie chowając się z tym za bardzo. Więc mogę potwierdzić, że... pod veshti nosi się bieliznę 😝. Ponieważ veshti trochę jednak prześwituje, zazwyczaj nosi się je z tunikami zasłaniającymi biodra.

W sherwani...
Tradycyjne sherwani w wersji okolicznościowej to długa, bardzo ciężka, ozdobnie wykończona marynarka, zapinana z przodu. Nosi się ją z ozdobnymi spodniami, które są zebrane i dopasowane w łydkach, ale obfite na udach. Do kompletu zakłada się też ozdobne buty z podwiniętym przodem... Jednak Sławek zdecydował się założyć swoje sherwani do zwykłych spodni i butów. B. był odważniejszy i nabył cały komplet, łącznie z butami.

Ceny?

Niestety wszystkie stroje były okropnie drogie 😫! Mimo, że kupowaliśmy je prawie bezpośrednio od producenta, komplety z lehengą kosztują nawet do 9 tysięcy rupii (tysiąc rupii to około 60 PLN). Anarkali są dostępne za około 3-4 tysiące. Tak samo ozdobne sherwani, które jednak trzeba kupić w komplecie ze spodniami.

Nie wiem, ile kosztowało sari, wraz z robocizną oraz biżuterią, ponieważ jak wspominałam, zostało mi ono podarowane.

Koszt tych rzeczy łatwo wytłumaczyć samą ilością materiałów, jakie pochłaniają, misternością zdobień i ilością szyć i szwów. Jednak po zakupie szybko okazało się, że kupiony przeze mnie zestaw z lehengą oraz anarkali, prawdopodobnie nie przeżyją zbyt długo. Zwłaszcza lehenga, której sam ciężar zdobień jest nieproporcjonalny do lekkości delikatnego materiału, do którego są doszyte 😩. To tylko kwestia czasu, aż ów lekki materiał się podrze od samego noszenia. Zarówno ja i L. doświadczyłyśmy też problemów z ozdobnymi koralikami na końcach różnych sznurków i sznureczków - wystarczy lekko pociągnąć i wszystko schodzi i odpada....

Niemniej, nie żałuję swoich zakupów. Okazja, by doświadczyć Indii w ten sposób, przez pryzmat strojów, zdarza się raz w życiu! 😄 Nigdy nie spodziewałam się, że będę druhną na czyimś ślubie, a tym bardziej w egzotycznych Indiach. To była jedyna okazja, by tak świętować, więc zarówno ja, Sławek, jak i nasi przyjaciele, postanowiliśmy iść na całość.


Jak reagowali na nas inni?

Myślę, że radość z zobaczenia obcokrajowca w tradycyjnym dla naszego regionu stroju jest czymś uniwersalnym. Rodziny i znajomi nowożeńców byli zachwyceni naszymi strojami i nie szczędzili nam komplementów.

Choć przyznam, że ja bardziej zazdrościłam im ich pięknych sari... Choć anarkali i lehengi są znane i lubiane, to są to zdecydowanie zanikające elementy i zdecydowana większość kobiet woli sari. A pięknych sari nie brak! Gdzie się nie odwrócisz, widzisz kolejne piękne sari. Od tych lekkich i zwiewnych, po ciężkie i udrapowane. Bluzki ozdobione motywami mango (delikatnie zakrzywiona łezka), cekinami czy połyskliwymi, "tycimi" lusterkami.

Kilka myśli na zakończenie...

Wiedziałam, że w Indiach kobiety noszą się po swojemu, ale nie spodziewałam się, że sari są prawie że jedyną opcją ubraniową. Widziałam kilka młodych kobiet w kompletach typu salwar kamez, z tuniką i spodniami, ale było ich tylko kilka. Z drugiej strony, mimo, że wszyscy noszą sari, jest ich taka różnorodność, że każdy strój wygląda inaczej.

Zastanawia mnie jednak, jak wpływa to na same kobiety, które - jakby nie patrzeć - przypisane są do tego stroju, który, choć wygodny, narzuca pewne ograniczenia ruchowe. W sari nie da się biegać (choć na plakatach reklamowych siłowni, panie były ubrane w sari! 😅), trzeba poświęcić czas na jego zawiązanie; nie wiem, na ile dałoby się w takim jeździć na rowerze... Czy ma to wpływ na postrzeganie sprawności i mobilności kobiet? Czy im samym jest wygodnie? Czy czują, że muszą nosić sari, bo inaczej ogromnie by "odstawały"? Nie wiem, ale się zastanawiam....

Ze wszystkich nabytych przeze mnie strojów na pewno będzie jeszcze okazja założyć sari! Nie raz zdarzało mi się uczestniczyć w imprezach w Singapurze, gdzie sari byłoby w sam raz, ale nigdy nie miałam własnego. Teraz pozostaje tylko nauczyć się je zakładać 😆 . Myślę też, że mogę nosić moje anarkali jak zwykłą sukienkę, bez spodni pod spodem czy dupatty.

Jeśli chcecie posłuchać więcej na temat naszej podróży, zapraszam :

czwartek, 6 kwietnia 2017

Jakie kosmetyki kupić w Singapurze?



Zbliża się sezon wakacyjny i wiele z Was odwiedzi Singapur. Często pytacie mnie, gdzie można kupić w Singapurze kosmetyki dostępne na Azjatyckim Bazarze i chciałabym dzisiaj rozwinąć ten temat.

Bazar sprzedaje wiele marek dostępnych w Singapurze, ale nasze najlepsze produkty, jak wypełniacz bez wstrzykiwania BRTC, serum rozkurczające Sidmool czy czysty kolagen Avalon, nie są dostępne na sklepowych półkach. Te produkty zamawiam bezpośrednio od producentów.

Ale wiele innych interesujących produktów jest dostępnych w Singapurze 😁

Jakie popularne marki są dostępne w Singapurze?


Z oferty Azjatyckiego Bazaru, marki które można nabyć lokalnie to przede wszystkim produkty Bio-Essence, Hada Labo, Kaminomoto i lokalny Garnier, których stoiska znajdziecie w każdym Watsonie, jak i nawet w supermakretach. Owe marki oferują szeroką gamę produktów w relatywnie przystępnych cenach i jest w czym wybierać.


W większości drogerii znajdziecie też maseczki My Beauty Diary - ale polecam polować na promocje, ponieważ bez nich, owe maseczki są dość drogie.

Można też zdobyć markę ZA, ale jest ona dostępna tylko w wybranych sklepach Watsons i półki niestety nie są zawsze dobrze uzupełnione :(.


W Watsonie można też nabyć kolagen Avalon w wersji smakowej - zazwyczaj stoi za ladą i trzeba o niego poprosić kasjerkę.

Koreańskie marki w Singapurze?


Kilka lat temu moda na koreańskie kosmetyki dotarła do Singapuru i na jej fali wiele koreańskich marek otworzyło tu swoje butiki. W Singapurze znajdziecie więc butiki marek ze stajni Amore Pacific: Innsifree, Etude House, Laneige i Sulwhasoo. Są też butiki i stoiska SkinFood, Too Cool For School, TonyMoly, Missha, TheFACEShop i VDL. Nie będę podawać konkretnych adresów, ponieważ lokacje często się zmieniają i można aktualne znaleźć bez problemu na sieci.


Mój największy zarzut, to jednak okropne przebicie cenowe i okrojona oferta w porównaniu do koreańskich butików. Cenowo Etude House czy Innisfree są tylko "trochę" droższe od swoich odpowiedników w Korei (o około 20-50%), ale SkinFood potrafi sprzedawać nawet z 500% przebiciem cenowym. Bardzo często oferty tych butików są bardzo ubogie, brakuje nowych kolekcji, albo oferowane są niedobitki sprzed kilku sezonów (z tego powodu polecam sprawdzać daty produkcji na opakowaniach). Choć z drugej strony, jeśli polujecie na jakieś konkretne produkty sprzed kilku sezonów, które są już wyprzedane w Korei, można je czasami upolować w Singapurze 😁

Poza Etude House, nie wiem, na ile rekomendowałabym kupowanie koreańskich kosmetyków w Mieście Lwa...

Gdzie  kupować

 

Dwie główne sieci sprzedające kosmetyki w Singapurze to Watsons i Guardian, które znajdziecie praktycznie wszędzie. Ceny w tych sklepach nie są korzystne (chyba, że się Wam poszczęści i traficie na ogólnosklepową wyprzedaż), ale sklepy są praktycznie na każdym kroku. Dodatkowo oferta może się różnić w zależności od lokacji sklepu, więc czasami trzeba zajrzeć do kilku, zanim znajdziecie to czego szukacie.



Niektóre sklepy Watsons prowadzą sprzedaż japońskich marek makijażowych Majolika Majorca (marka-córka Shiseido) oraz CanMake, na które zdecydowanie warto zajrzeć, choć w zależności od sklepu, półki z tymi produktami będą albo średnio oskubane, albo całkowicie ogołocone. Okazjonalnie można trafić na półki koreańskiej marki CLIO.


Moje ulubione miejsce do nabywania kosmetyków, to zdecydowanie sklepy Sasa. Mają dobre cery, dużo zniżek i przede wszystkim, obsługę która zna się na rzeczy i potrafi doradzić! W sklepach Watsons i Guardian są tylko kasjerzy, którzy nie mają bladego pojęcia o ofercie swojego miejsca pracy 😩 . Sasa prowadzi sprzedaż wielu interesujących marek, w tym znanych i lubianych BRTC i Dr. G. Niestety te marki sprzedawane są w ograniczonej ofercie, ale cenowo wypadają praktycznie identycznie jak w Korei. W Sasie można też znaleźć doskonale zapatrzone półki japońskiej marki makijażowej Kate (marka-córka Kanebo), której mniejsze półki można okazjonalnie znaleźć też w sklepach Watson.


Rozsiane po Singapurze są też małe niezależne butiki kosmetyczne, jak choćby Beauty Language. Cenowo te sklepy wypadają naprawdę dobrze i można w nich znaleźć unikatowe perełki, choć większość produktów jest nieciekawa.

Prestiżowe marki


Przez wiele lat w Singapurze panowała moda na japońskie kosmetyki i do dziś w sklepach jak Isetan i Takashimaya, można znaleźć stoiska droższych marek, jak Shiseido, RMK, Kanebo oraz królową japońskich marek: SK-II. Ta ostatnia sprzedawana jest oficjalnie w stoiskach SK-II w ramach domów handlowych, ale można ją też "upolować" od alternatywnych importerów w mniejszych sklepach. Co ciekawe, SK-II sprzedawane w Singapurze, jest ze względu na niższe podatki, tańsze niż w Japonii.


 

Lista zakupów:


Watsons  (polecam outlet w Bugis Junction) - z oferty Azjatyckiego Bazaru:
- Hada Labo Retinol 3D milk
- Krem ZA (choć czasami ciężko go "upolować")
- Krem Bio-Essence Inchloss
- Garnier Light Complete Super Essence
- Szampon i wcierka Kaminomoto (jeśli kupujecie w większych ilościach, warto poszukać sklepów Beauty Langauge, które sprzedają wcierki w odrobinę lepszej cenie)


Watsons - niedostępne w ofercie Bazaru, ale naprawdę polecam:
- Hada Labo lotion oraz ich "Mild Peeling Lotion"
- Farby do włosów Liese
- Odżywki i maski do włosów firmy Tsubaki (zwłaszcza wysokobiałkowa wersja biała do włosów zniszczonych)
- "Samo-wybielacz" firmy Vaseline lub ich balsamy do ciała z SPF
- Całonocne maseczki Bio-Essence
- Rozjaśniające antyperspiranty firmy Nivea
- Tusze do rzęs Majolica Majorca
- Tabletki Hakubi (czasami trzeba o nie poprosić osobę na kasie)

Watsons - polecam zajrzeć na:
- Produkty niskopółkowej japońskiej marki Biore - nie są to najlepsze kosmetyki, ale cenowo przystępne
- Produkty  marki DHC - ich olejek do oczyszczania twarzy jest naprawdę przyzwoity, choć niestety drogi
- Półkę Maybeline, na której można znaleźć inspirowane lokalnymi trendami produkty, jak szminki z gradientem
- Produkty typu "Two-Way Cake" czyli prasowany puder, bardzo lubiany w Singapurze, ponieważ dobrze pracuje z bardzo przetłuszczającymi się cerami oraz znosi lokalne upały. Mają je firmy ZA, Maybeline i wiele innych.

Guardian:
- Pasty do zębów Darlie w wersji z solą morską oraz Expert.

Sasa (polecam outlet w Chevron House koło stacji Raffles Place - szukajcie srebrnowłosej Jasmine - ta kobieta daje NAJLEPSZE rekomendacje i naprawdę zna się na rzeczy):
- Maseczki My Beauty Diary (Sasa praktycznie zawsze ma na nie jakąś ofertę zniżkową)
- Kremy BB firmy BRTC

Sasa - według uznania:
- Produkty Dolly Wink, jak np. ich doklejane rzęsy - to prawdziwy klasyk :D
- Dr. G - polecam krem BB oraz ich tonik z kwasem salicylowym

Innisfree (polecam butik w Plaza Singapura):
- Odżywka oraz maska do włosów z wyciągiem z kamelii (czerwone opakowania - są po prawej stronie, jak wejdziecie do sklepu)
- Olejek do mycia twarzy w wersji oliwkowej
- Przynajmniej jedną sztukę "Always New Auto Liner" - są genialne! Znajdziecie ich malutką sekcję na półce w centrum butiku.

Etude House (polecam outlet w Plaza Singapura):
- Any Cushion Cream

Isetan/Takashimaya:
- Lotion SK-II, jeśli macie za dużo pieniędzy 😜

Kilka wskazówek:
- Obsługa w większości singapurskich sklepów nie ma pojęcia o ofercie, ani gdzie co znaleźć.  Jedynym wyjątkiem jest SASA.
- Karty lojalnościowe w sklepie Watsons działają na zasadzie "cashback", czyli uzyskany rabat można wykorzystać przy kolejnym zakupie. Jeśli planujecie wiele odwiedzin w tym sklepie, nabycie karty lojalnościowej może mieć sens. Kartę trzeba kupić przy kasie.
- Karta SASA VIP upoważnia do natychmiastowej zniżki 5% (nawet na produkty już objęte zniżkami!), więc jeśli znacie kogoś z taką kartą, polecam ją pożyczyć na zakupy
- Pamiętajcie by poprosić o rachunek pozwalający na odzyskanie GST (lokalny odpowiednik VATu) na lotnisku.

sobota, 1 kwietnia 2017

Przygotowania do ćwierćmaratonu - pamiętniki



Cel: wziąć udział w ćwierćmaratonie (10km) i biec szybko.

Cel postawiony. Dziś jest 13 stycznia, a bieg odbędzie się 25 marca. Pozostało mi zatem jeszcze trochę czasu na trening.

Problem: biegacz ze mnie żaden 😓. Może nie do końca, bo wolnym tempem mogę biec chyba bez końca. Jak się jest upartym jak osioł, to łatwo się zmusić do wytrzymałości. Ale tutaj celem nie jest wytrzymać; tu celem jest biec szybko. Nigdy nie uczestniczyłam w maratonie, ani nie biegłam w grupie, więc nie wiem do końca, jak to będzie. Ale jakoś będzie...

Mam wrażenie, że wielu osobom podobały się pamiętniki z odrastania włosów, więc postanowiłam i tą przygodę udokumentować w formie pamiętników.

Miesiąc pierwszy:

Tydzień I:

Miniony tydzień był pierwszym tygodniem treningów i dodatkowo musiałam zmierzyć się nie tylko z bieganiem, ale też z wieczorami w szkole 3 razy w tygodniu. Ponieważ moje zajęcia w poniedziałki, wtorki i czwartki trwały do 22:00, nie było szans, by w te dni cokolwiek robić. Niestety zwiększona liczba zajęć bardzo odbiła się na poziomie mojej energii (którą trzeba było też poświęcić na pracę, odrabianie zadań domowych, zajmowanie się domem, spotykanie ze znajomymi...). Na to zwalę niskie wyniki! ;) Mam nadzieję, że z czasem przyzwyczaję się do tego tempa zadań.

Tydzień II:

Do pomysłu biegania zagoniłam jeszcze 3 osoby (wliczając w to Sławka) i jedną z nich jest N., która choć dzielnie chodzi na siłownię i zajęcia fitnessu, nigdy nie biegała. Dzisiaj wysłała mi zdjęcie statystyk swojego pierwszego biegu. Poczułam się jak matka kwoka, która z dumą patrzy na swojego biegającego pisklaczka xD.

W środę i w piątek udało mi się poprawić moje wyniki, zaś w niedzielę poszliśmy trenować razem na stadion narodowy - ma trasę do biegania, która jest zadaszona.


Tydzień III:

Czasami kusi mnie, by publikować te "pamiętniki" co tydzień, ale myślę, że nie ma to sensu. Żyjemy w erze rzeczy dostępnych "instant" i przekonania, że wszystko można osiągnąć w kilka dni. Pod każdym pamiętnikiem miałabym masę "internetowych specjalistów", krytykujących wszystko co robię i zapewniających, że jedyny powód, dla którego w 3 dni nie osiągnęłam poziomu olimpijskiego sportowca, to że albo nie słucham ich rad... albo nie słucham ich wystarczająco intensywnie i na pewno "coś robię źle". Wiecie, o jaki "specjalistach" tu mówię... Ale wiem, że moje metody zadziałają i że osiągnę swój cel. Nie za pomocą jakiś "haków" czy innych "sekretów", tylko starą i zapomnianą metodą systematycznej pracy ;p.

W tym tygodniu świętowaliśmy Chiński Nowy Rok i musiałam trochę poprzestawiać zaplanowane biegi. Biegałam w środę i czwartek, zaś w niedzielę znowu poszliśmy na stadion. Warunki pogodowe nie dopisały, bo było okropnie duszno. Ale może to i dobrze - potrenować trochę swoją wytrzymałość w mniej sprzyjających warunkach pogodowych.


Miesiąc II


Tydzień IV:


W środę bieg poszedł mi na tyle dobrze, że zaczęłam się zastanawiać, jak dalej pracować nad bieganiem szybciej, ponieważ dotychczas moje tempo przy bieganiu szybko i bieganiu długodystansowo wyglądało drastycznie różnie, ale wraz z treningami, nawet biegając długo, zaczęło mi się udawać utrzymywać tempo.

W sobotę czułam się okropnie... znacie to uczucie, gdy "muli" Was cały dzień i boli głowa? Jednak bieg wieczorem poratował beznadziejny dzień. Dzięki temu poczułam, że coś jednak w ciągu dnia osiągnęłam. Kiedyś nie rozumiałam, co właściwie tak pociąga ludzi w bieganiu, ale chyba zaczyna to do mnie docierać.

W niedzielę znowu zorganizowaliśmy sobie wspólny bieg, ale tym razem po rezerwacie przyrody. Nie do końca wiedziałam, czy uda mi się pobiec, bo nie najlepsza forma z poprzedniego dnia przerodziła się w ból głowy i dwustronne oczyszczanie układu pokarmowego... nie ma to jak mieć okres i źle go znosić :P. Gdy biegamy wspólnie, nie biegamy szybko, więc mimo niedogodności zdecydowałam się na bieg. Nabiliśmy niewiele ponad 6km, ale N. robi genialne postępy.

Tydzień V: Zwątpienie

O entuzjazm łatwo na początku swojej przygody, ale gdzieś czułam, że pojawi się moment załamania. Nie każdy tydzień będzie przecież przynosił sukcesy! Jednak nie spodziewałam się, że problemy pojawiają się tak szybko. Moje wyniki nie tylko nie poprawiają się, ale w tym tygodniu musiałam zmierzyć się z realiami złej pogody, kiepskiego samopoczucia i stresu związanego ze szkołą i pracą.

W środę przyszło mi biegać w równikowej ulewie. Bieganie w deszczu w tropikach nie jest tym samym, co bieganie w deszczu w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że deszcz tutaj nie przynosi obniżenia temperatury - dalej jest około 25-26 stopni, tyle tylko że z nieba lecą krople wielkości naboi. Ponieważ jest parno i gorąco, nie ma mowy o jakiejkolwiek ochronie przed deszczem. Pozostaje więc biegnięcie będąc przesiąkniętym do ostatniej nitki...

W piątek znowu dopadły mnie problemy żołądkowe, tak jakbym nie mogła pozbierać się po menstrualnym rozstroju z poprzedniego tygodnia. Nie, nie jestem w ciąży, miałam okres dokładnie tydzień wcześniej. Dziwne, że muszę to podkreślać, ale zawsze gdy choćby wspomnę o problemach układu pokarmowego, macico-patrol rusza całą parą 😒


W niedzielę poszliśmy znowu na stadion z zamiarem, że będziemy biegać równo godzinę. Ja w swoją godzinę nabiłam 9 kilometrów, Sławek ponad 11, zaś N. dzielnie wywalczyła 7. Dla N. to naprawdę duży wysiłek nagrodzony dobrym wynikiem, osiągnięty bez zatrzymania się ani razu. Ja po godzinie biegu czułam się odrobinę zmęczona, ale nie jakoś wyjątkowo... Bardziej trochę rozczarowana, że nie wiem, jak zmusić moje mięśnie do cięższej pracy.

Muszę coś zmienić, bo - na chwilę obecną - nic nie zapowiada, że nawet zbliżę się do swojego celu  😢

Tydzień VI: Zmiana strategii

Podłamana poprzednim tygodniem, w poniedziałek poszłam biegać około 11 wieczorem (niestety w poniedziałki mam szkołę do ~21:30). We wtorek nie było szans na trening, ponieważ zajęcia skończyły się równo o 22:00 i jeszcze musiałam wrócić do domu, a to zajmuje sporo czasu.

W środę chciałam spróbować coś innego - zmienić swój styl biegania i mocniej się odpychać podczas każdego kroku. Bardzo poprawia to moją szybkość, ale mięśnie i serce nie dają rady. Po 2 km, stwierdziłam, że dodatkowo wbiegnę kilka razy pod górę (mieszkam w bardzo pagórkowatej dzielnicy), co całkiem rozwaliło mięśnie z tyłu ud.

W piątek przebiegłam swoje standardowe 4km z najlepszym czasem, jaki udało mi się kiedykolwiek osiągnąć na tym odcinku... i dalej jest to zdecydowanie zbyt długi czas :(.

W niedzielę czułam się trochę tą sytuacją przybita... N. jest obecnie w Indiach na wakacjach, S. nie pojawił się na treningu (imprezowicz jeden!), więc na stadionie byłam tylko ja i Sławek. Nie umiałam jednak wczuć się w trening, strasznie stresowało mnie, że nie wiem, jak popchać się dalej, jak podkręcić wynik :(. Moja zawziętość w osiąganiu celów, zaczęła mnie zjadać od środka... Sławek zaproponował, byśmy spróbowali biegać interwały. Sławek jest dużo szybszy ode mnie i spokojnie mógłby sobie ćwiczyć beze mnie, ale zaoferował pomoc. Zrobiliśmy więc dwa okrążenia stadionu (około 900 metrów każde) biegając interwałowo - wybrane odcinki sprintem, resztę zwykłym biegiem. Myślałam, że zostawię płuca i serce na bieżni, ale po raz pierwszy poczułam, że jest jakiś postęp!

A post shared by Cukier (@azjatyckicukier) on


Wieczorem bardzo czułam, że takie bieganie rozgrzało mięśnie i musiałam ratowałać je rajstopami uciskowymi. Kolejnego dnia nie miałam zakwasów jako takich, ale mięśnie ud, brzucha i tricepsy były dość obolałe.

Tydzień VII:

Zachęcona sukcesami niedzielnych interwałów, w środę ruszyłam znowu dzielnie na stadion... ale trening się całkiem rozkraczył. Nie wiem, czy przyczyną był cały dzień pracy plus długie czekanie na przystanku autobusowym, czy za mało wypiłam w ciągu dnia, ale strasznie nękały mnie skurcze śródstopia :(. Zrobiłam kilka rund wokół stadionu i choć dawałam z siebie wszystko, czas był taki sobie... Potem dwa okrążenia interwałów, ale byłam w tak tragicznym stanie, że nie zawracałam sobie nawet głowy mierzeniem czasu.

W czwartek czułam się tak sytuacją zdołowana, że poszłam biegać po zajęciach wieczorem. Robiłam tylko interwały i ku mojemu zdziwieniu, udawało mi się na drobnych odcinkach biec nawet w tempie 4:30 (min/km). Niby nic wielkiego, ale dla mnie sama świadomość, że mogę fizycznie przebierać nogami na tyle szybko, by nabijać taki wynik, jest ogromnie ważna.

Piątek był takim sobie smętnym dniem, nie czułam się najlepiej i w pracy nie wszystko się potoczyło... więc na poprawę humoru poszłam pobiegać. Ponieważ nie czułam się dobrze, nie narzuciłam sobie żadnego tempa i jakoś samo z siebie wyszło 9km.

W sobotę zaś poszłam biegać ze Sławkiem po jednym z lokalnych parków, gdzie jest dostępna ścieżka do biegania, ciągnąca się przez ponad 20 km - nam wystarczyła połowa. Bieganie ze Sławkiem jest bardzo motywujące, ponieważ on biega średnio znacznie szybciej. Nawet kiedy dla mnie zwalnia tempo i tak po chwili biegnie odrobinę z przodu, a ja i moja chora ambicja go gonimy 😆. Niestety nie udało mi się utrzymać stałego biegu i kilka odcinków trzeba było przejść. Po około 8km wszystko mnie bolało, łącznie ze spodami stóp, ale nabiliśmy pełne 10 km.


W niedzielę nie biegałam, bo odsypiałam obolałe mięśnie.

Tydzień VIII:

Trener Sławek zarządził lżejsze bieganie, ale jak biegać powoli, gdy zaznało się radochy sprintowania? 😉 W poniedziałek wieczorem znowu więc trochę pobiegałam interwałowo. Niesamowitym jest biegać szybko - szybciej, niż się kiedykolwiek biegło i móc podtrzymać tempo przez około 300-400 metrów. Na razie niestety tylko na tyle starcza mi obecnie interwałowej "pary".

We wtorek znowu zachciało mi się biegać szybko... ale po raz pierwszy mój organizm zaprotestował. Już po około kilometrze sprintu (poprzedzonego około 2,5 km na rozgrzewkę) dopadła mnie tak bolesna kolka, jak nigdy. Nawet nie wiedziałam, że kolki mogą tak boleć! Na skali 1 do 10, dałabym jej z 7. Do tego ból kolana, który nagle zaczął się pojawiać nie tylko podczas biegu, ale też po przebudzeniu i siedzeniu przy biurku...

Środę i czwartek poświęciłam więc na odpoczynek. Zbiegło się to z kolejnym okresem; niestety, dla mnie bóle stawów to też często symptom towarzyszący menstruacji. Serio, jak kobiety profesjonalnie zajmujące się sportem radzą sobie z takimi sprawami? 😓 Pamiętam, jak w tym roku chińska atletka narzekała podczas olimpiady, że mogłaby płynąć szybciej, ale ma okres i jakoś nie do końca umiałam zaakceptować jej wypowiedzi. Ale teraz zaczynam rozumieć...


W piątek dopadła mnie bezsenna noc... po godzinach leżenia czekając na sen, stwierdziłam, że lepiej poszukać blogów i artykułów na temat biegania xD. Okazało się, że moja forma nie jest dobra. Zdecydowanie robiłam za długie kroki i lądowałam za bardzo na pięcie, co w rezultacie dawało intensywne uczucie zmęczenia.

W sobotę wieczorem zaczęłam biegać z metronomem, pikającym w częstotliwości 3 Hz. O ile bez problemu mogę utrzymać tempo kroków, moje odbicie jest trochę za słabe. Bieganie małymi krokami w bardziej wyprostowanej pozycji pozwala utrzymać szybkość bez intensywnego uczucia zmęczenia. Udało mi się jednak przebiec tylko trochę ponad 3 km zanim zaczęło mi się kręcić w głowie.

W niedziele poszliśmy znowu na stadion. N. wróciła z wakacji, więc Sławek trenował z nią osobno interwały, ja biegałam z S., który sprintuje wolniej niż ja, ale ma dużo lepszą wytrzymałość.  Plan jest taki, by spotkać się więcej razy w przyszłym tygodniu, ponieważ do maratonu zostało niewiele czasu. Co ciekawe, S. zaczął przebąkiwać coś o zapisaniu się na kolejny maraton 😁. Mam przeczucie, że to byłby dobry pomysł. Dużo pracy wkładam w przygotowanie do tego maratonu, ale co stanie się z motywacją, gdy nie będzie celu, by podtrzymać formę?


Miesiąc III



Tydzień IX

Samodzielnie biegałam w tym tygodniu we wtorek i środę, a w piątek biegaliśmy interwały na stadionie. Poszły naprawdę dobrze i myślę, że wszyscy w grupie byli zadowoleni z postępu.

Moje sprinty robią się naprawdę dobre, ale... po kilometrze potrzebuję przerwy. Zaczęły mnie też nękać kolki i intensywne skurcze śródstopia. 
A post shared by Cukier (@azjatyckicukier) on


W niedzielę spotkaliśmy się zaś na docelowy bieg 10 km dookoła stadionu. Kompletnie go zawaliłam... po raz kolejny ambicja zżarła mnie od środka. Bardzo chciałam nabić dobry czas, więc przez większość czasu biegłam sprintem, ale potem musiałam kawałek przejść. Ostatecznie wykończyłam się sprintami i nie udało mi się ukończyć 10 km. Cała ta sytuacja robi się dla mnie bardzo frustrująca :(. Nie byłam nawet zmęczona, problemem było wrażenie, że dosłownie zemdleję na bieżni. Nie rozumiem, czemu nie mogę biegać tak szybko, jakbym chciała.


Tydzień X


Po nieudanej niedzieli, w poniedziałek wieczorem postanowiłam zrewanżować się i pobiec koło 10 km. By się nie stresować tempem, wyłączyłam telefon i nie sprawdzałam tempa podczas biegu. Efekt? 8.58 km w tempie 6:30 min/km. Tragedia, nawet nie koło czasu, który sobie wymarzyłam... Chyba czas się poddać i po prostu pobiec jak najlepiej, zaś wymarzony czas odstawić na inny maraton.

Niestety muszę zanotować kolejny problem. Kolki i skurcze to już powoli standard, ale zauważyłam, że po dłuższych biegach zaczyna mnie strasznie mulić. Miałam już kilka przypadków, gdzie przez kilka godzin po biegu, wszystko co jadłam czy piłam, wywoływało wymioty i wygląda na to, że to dość typowy objaw, który inni biegacze też obserwują u siebie. Na co dzień prześladuje mnie choroba lokomocyjna, bo nawet ruszenie windy w górę, daje mi wrażenie, że żołądek mi się przesuwa. Bieganie oferuje dokładnie to samo wrażenie w małych dawkach przez długi czas, więc nic dziwnego, że pojawiają się problemy. Może bieganie nie jest jednak dla mnie...

W piątek spotkaliśmy się na mieście, by pobiegać trochę po trasie maratonu. Zaś w niedzielę N. zarządziła, że będziemy przez godzinę biegać dookoła stadionu. Udało mi się ukończyć 9.1 km w tempie 6:35 min/km... mizerne 13 sekund lepiej, niż gdy 12 lutego po raz pierwszy biegaliśmy godzinę po stadionie.

Tydzień XI

Tydzień maratonu! We wtorek zrobiłam samodzielne sprinty, zaś w środę poszliśmy odebrać koszulki i numery na maraton. Miało być przy okazji bieganie, ale zaczęło nas dopadać coś, co mogę jedynie opisać jako "zmęczenie materiału". Nikomu nie chciało się biegać, więc poszliśmy tylko razem na kolację.


Dzień BIEGU - moje pierwsze oficjalne 10 km

Nasz bieg odbywał się w ramach imprezy zwanej "OSIM Sundown Marathon" i cała idea jest taka, że odbywa się on późnym wieczorem. Po godzinie 20:00 zaczynały się biegi 5 km, kierowane głównie dla rodzin, dzieci i młodych biegaczy. Nasz bieg na 10 km rozpoczynał się o 21:35 i biegacze podzieleni byli na przynajmniej 3 fale. O północy startowali uczestnicy 42 km, zaś o 1:00 w nocy dołączali półmaratończycy. Łącznie... koło 30 tysięcy osób.

A post shared by Cukier (@azjatyckicukier) on


Na miejsce startu przybyliśmy około godziny 20:00 i niestety nie było szansy na rozgrzewkę... trzeba się było ustawić w kolejce. Udało się nam załapać do pierwszej fali i względnie z przodu wielotysięcznego tłumu... Przyznam, że moment startu był dość.. magiczny. Wspólne odliczanie, start, bieg w ciemność, w tłumie, emocje... Magia!

Pierwsze kilometry były dość trudne. Mimo, że zasada głosi, że osoby biegnące wolno powinny ustawić się po lewej stronie, wiele osób nie chciało się dostosować. Dwie paniusie (wyglądające na Europejki) uparły się, że będą biec koło siebie ramię w ramię i po prawej stronie - praktycznie zatkały cały tor i prawie spowodowały upadek sporej grupy, w której przyszło mi biec. Rozumiem, że można mieć swoje przyzwyczajenia, ale jeśli się na upartego chce robić po swojemu, to może lepiej zostać u siebie i nie pchać się na bieganie za granicą? 😤

Sławek i S. wystrzelili do przodu, N. zaś szybko została w tyle.

Pierwsze 5 km było dla mnie trudne głównie przez bieg w tłumie i ciągłe wyprzedzanie się z innymi. Przebiegnięcie pierwszej połowy maratonu zajęło mi 35 minut i nie było tyle trudne, co frustrujące. Ale po pierwszych kilometrach biegacze bardzo się przerzedzili, zaś trasa poprowadziła nas wzdłuż rzeki i parku. Kolejne kilometry minęły mi na biegu w ciszy i skupieniu. Organizatorzy maratonu zorganizowali ochotników, którzy stali przy trasie co około 500 m i zagrzewali nas do szybszego biegu, ale poza tym było cichutko... Zdecydowałam się nie zatrzymywać przy żadnej stacji z wodą i po prostu biec.

Druga część biegu minęła mi jak w transie... Otoczeni ciemnością z tłumem innych, zmęczonych, zasapanych, a jednak dających z siebie wszystko, biegaczy. Wybiegliśmy z parku na długą prostą, wzdłuż odgrodzonej dla nas drogi. Zaczęłam zostawiać w tyle tych, co na początku mnie wyprzedzili. Mnie też zaczęli wyprzedzać ci, którzy znaleźli w sobie determinację, by biec do samego końca.

Ostatnie 500 metrów składało się z długiego odcinka, który biegło się w prawie całkowitej ciemności. Ale nagle, za zakrętem drogi wyłoniła się meta i świecące na złoto cyfry: 01:08:03. Nagle zdałam sobie sprawę, że jeśli przyspieszę, przebiję metę, zanim ósemka zmieni się w dziewiątkę. Myślałam, że moje mięśnie eksplodują, ale jak najszybciej chciałam przekroczyć metę. Ku mojemu zdziwieniu, wiele osób, widząc metę, zwolniło swój bieg lub nawet zaczęło iść. Ja chciałam biec. Udało mi się zdążyć przed dziewiątką.

Za metą czekali na nas wolontariusze, zaopatrzeni w schłodzone puszki napojów sportowych i banany. To był najlepiej smakujący napój, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się pić! 😋. Ktoś wręczył mi medal, ktoś inny pokierował do wyjścia i zanim się obejrzałam, było po wszystkim.

W umówionym miejscu znalazłam Sławka, który swój bieg ukończył w 58 minut. Po czasie dołączył do nas S., który metę przekroczył w godzinę i 14 minut. Nawet nie wiem, w którym momencie udało mi się go wyprzedzić! S. nie był zadowolony ze swojego wyniku, bo zazwyczaj biega szybciej niż ja. Może mi się bardziej poszczęściło z wymijaniem tłumu. N. dołączyła do nas około pół godziny później.

Bieg dla N. był chyba najtrudniejszy, gdyż inni powolni biegacze wydawali się mieć najmniej dyscypliny, jeśli chodzi o wyprzedzanie się czy dbanie o przepustowość trasy. Ale dała radę i skończyła w całkiem przyzwoitym dla siebie czasie.

Zdecydowaliśmy się skoczyć do naszej ulubionej knajpy na sok i praty, by uczcić 3 miesiące wspólnych treningów. To na pewno nie nasz ostatni bieg.

Kilka myśli na zakończenie




Cała ta przygoda zaczęła się od przypadkowego pomysłu. Na początku myślałam, że będę biec tylko ja. Nawet nie wiem kiedy, ale jakoś tak wyszło, że nagle miałam biec z S., a Sławek zaoferował się, że się dołączy i jakoś namówiliśmy N., by mieć 4-osobową drużynę i móc się oficjalnie zarejestrować jako zespół.

Gdy zaczynaliśmy treningi, większość z nas ledwo umiała przebiec kilometr. Tydzień po tygodniu, trening po treningu, coś zaczęło z tego wychodzić. Wiele też wydarzyło się w te kilka miesięcy. Ja skończyłam pierwszą część swojego kursu komunikacji wizualnej, Sławek ukończył studia podyplomowe, N. się zaręczyła, a S. dostał fantastyczną ofertę pracy....

Sam bieg był niesamowitym doświadczeniem. Wyzwaniem samego siebie, postawieniem się dobrowolnie w sytuacji, gdzie nie musisz nic robić, ale chcesz i jesteś gotowa ścierpieć tą chwilową niewygodę... przypomina Ci to w jakiś dziwny sposób, by być wytrwałym nie tylko podczas biegu. Że ból i zmęczenie są nietrwałe.

Nieoczekiwanym elementem całej przygody było starcie się z problemem biegu w tłumie. Nie umiem wymyślić, jaka strategia byłaby najlepsza... Bo manewrowanie i szukanie sposobu, by wyprzedzać, jest bardzo energożerne... Czy lepiej biec wolno na początku i poczekać, aż tłum się rozciągnie i przerzedzi, czy lepiej zainwestować tą energię i wyprzedzać na początku? Trudno mi powiedzieć.

Kolejny bieg już w maju i prawdopodobnie jeszcze jeden gdzieś pod koniec roku. Myślę, że nie będę kontynuować tematów związanych z bieganiem, bo wiem, jak nudne są dla osób, które nie biegają ;). Ale ten pamiętnik zostawię tutaj, mając nadzieję, że może kogoś zachęci do spróbowania.

Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.